Ostatnio w Seulu odbył się Atomowy Szczyt, na którym gościł Barack Obama. Głównym punktem obrad była kwestia redukcji globalnego arsenału nuklearnego. Z punktu widzenia polityki międzynarodowej, sprawa atomowej demilitaryzacji jest niezwykle ważna. Prezydent USA ma jednak i inne zmartwienie - nowego przywódcę Korei Północnej
Przyczajony Kim, ukryte zagrożenie
Zdjęcie: modowo.pl
Pod koniec ubiegłego roku po śmierci Kim Dzong Ila „Najwyższym Przywódcą Partii, Armii i Narodu” został jego syn, Kim Dzong Un. Fakt ten potwierdziły ważne osobistości komunistycznego establishmentu. - Wielki Przywódca Kim Dzong Il położył fundamenty, które czynią z nas samodzielny naród mający światowej klasy potencjał wojskowy. Teraz pod przewodnictwem towarzysza Kim Dzong Una wasz ból zmieni się w tysiąc razy większą siłę - ogłosił Kim Yong Nam, przewodniczący Najwyższego Zgromadzenia Ludowego. Z kolei wpływowy reżimowy generał, Kim Dzong Gak, stwierdził: „Nasza armia będzie służyć towarzyszowi Kim Dzong Unowi stojącemu na czele rewolucyjnych oddziałów i utrzyma osiągnięcia polityki Wielkiego Przywódcy Kim Dzong Ila”.
Marionetka wojskowych
Czy jednak proces przekazywania władzy przebiega bez zakłóceń? Nie do końca - walka koterii trwa w najlepsze. Ostatnio światowe media pokazały zdjęcie, na którym Kim Dzong Un wizytuje jednostkę wojskową. Niby nic, gdyby nie jeden szczegół. Otóż „Wielki Następca” jest prowadzony za rękę przez jednego z generałów.
Oczywiście zaraz pojawiły się głosy, że to, co widzieliśmy, to element doktryny songu (militaryzacja przede wszystkim). Niemniej wątpliwości pozostały. Tym większe, że niedawno Kim Dzong Nam nazwał swego przyrodniego brata marionetką w rękach armii.
Na reakcję drugiej strony nie trzeba było długo czekać. Reżimowe media wezwały, aby „wszyscy członkowie partii, armii oraz społeczeństwa wiernie podporządkowali się autorytetowi towarzysza Kim Dzong Una”. Czy tak wygląda bezproblemowa sukcesja?
Bynajmniej. Przyczyn zaistniałej sytuacji upatrywać należy w zbyt krótkim okresie przekazania władzy. Kim Dzong Il przygotowywał się do rządów blisko 20 lat. Schedę po Kim Ir Senie przejął dopiero w 1994 roku. Dlaczego nie zastosował podobnej taktyki wobec swojego następcy? Powód jest prosty - bo do końca nie był pewien, komu oddać władzę. Początkowo miał to być Kim Dzong Nam, ale okazał się zbyt nieposłuszny (stracił zaufanie ojca, gdy w 2001 roku został zatrzymany na lotnisku w Tokio z fałszywym paszportem Dominikany). Wybór padł zatem na Kim Dzong Czula, ten jednak zraził do siebie ojca zbytnim zniewieścieniem. Pozostał więc Kim Dzong Un, 28-latek, syn tancerki Ko Yong Hui - kochanki, później trzeciej żony Kim Dzong Ila.
Buldogi pod dywanem
O nowym dyktatorze Korei Północnej wiadomo niewiele. Podejrzewa się, że studiował w angielskojęzycznej szkole w Gümligen koło Berna. Pewnego dnia przerwał jednak edukację i wyjechał do kraju, by zdobywać szlify generalskie. Od tamtej pory Kim Dzong Un pracuje w Departamencie Organizacji i Przywództwa Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei; jest także wiceprzewodniczącym Centralnej Komisji Wojskowej.
To za mało, by rządzić państwem. Wiedzą o tym różne frakcje i usiłują zagarnąć dla siebie jak najwięcej strategicznych przyczółków. Przoduje w tym szwagier Kim Dzong Ila, generał Dzang Song Thaek. Nie tylko zarządza on grupą inwestycyjną Taepung i Departamentem Organizacji i Przywództwa, ale również - dzięki członkom swojej rodziny - ma przemożny wpływ na armię i Komitet Centralny. Męża wspiera żona Kim Kyung Hee, także czterogwiazdkowy generał.
Inni również nie zasypują gruszek w popiele. Yom Ki Sun (wicedyrektor Departamentu Organizacji i Przywództwa KC), Ri Yong Ho (najmłodszy wicemarszałek Koreańskiej Armii Ludowej odpowiedzialny za edukację wojskową), U Dong Czuk (członek Komisji Obrony Narodowej oraz Biura Bezpieczeństwa), Kim Ki Nam (dyrektor Departamentu Propagandy i Agitacji) - wszyscy oni grają pod siebie.
Z pewnością klan Kimów dojdzie do porozumienia z wierchuszką sił zbrojnych. Wymaga tego skostniały system komunistyczny, który jest „być albo nie być” dla obecnego establishmentu. Jak jednak rozłożą się akcenty w systemie władzy, nie do końca wiadomo.
Odwilży nie będzie
Jedno jest pewne - większych reform nie należy się spodziewać. Nawet gdy mówią o nich tacy ludzie jak Choi Se Woong (dawny bankier komunistycznego reżimu) czy Mark Mobius (analityk z Templeton Emerging Markets Group). Powodów jest kilka. Po pierwsze, Chiny wspierają Komunistyczną Koreę (90 proc. zasobów energii elektrycznej, 80 proc. dóbr konsumpcyjnych, 45 proc. żywności), ponieważ nie chcą na swoim terytorium rzeszy uciekinierów. Po drugie, Phenian jest dla Pekinu „buforem bezpieczeństwa” przed Koreą Południową i Japonią.
O zachowaniu regionalnego status quo świadczy jeszcze jedno - stary, wojowniczy ton władz w Phenianie. „Oświadczamy uroczyście i zdecydowanie, by dotarło to do wiadomości wszystkich głupich polityków na całym świecie, w tym marionetkowej grupy w Korei Południowej, że nie powinni spodziewać się żadnej zmiany z naszej strony. Morze krwawych łez naszej armii i naszego narodu będzie prześladować marionetkowy rząd Korei Południowej do końca. Łzy zamienią się w morze mściwego ognia, który spali wszystko”. Informację tej treści opublikował Narodowy Komitet Obrony, na którego czele stoi Kim Dzon Un.
Nowa broń Kima
Nie dziwne, że Barack Obama na bieżąco jest informowany o sytuacji w Korei Północnej. Co ciekawe, nie chodzi wyłącznie o sprawy sukcesji czy program atomowy. Uwagę Amerykanów przykuwa kwestia możliwości cybernetycznych Phenianu. Sprawa jest poważna, ponieważ Korea Południowa coraz częściej jest atakowana przez komunistycznych hakerów. W ubiegłym roku kilkakrotnie nie działały strony prezydenta, wywiadu i ministerstwa obrony. Ucierpiały również konta klientów banku spółdzielczego Nonghyup oraz firma telekomunikacyjna SK Communications. Eksperci biją na alarm - Korea Północna pod przywództwem Kim Dzong Una nie tylko jest w stanie sparaliżować infrastrukturę krajów sąsiednich, ale również zakłócić sygnał GPS oraz unieszkodliwić amerykańskie bomby elektromagnetyczne.
Czy Polsce grozi systemowa awaria zasilania? Czy prąd będzie towarem luksusowym? Bardzo prawdopodobne
W objęciach mroku
Zdjęcie: radioszczecin.pl
Nasze bloki energetyczne są stare i - wbrew zaleceniom - nie modernizowane. Notorycznie niedofinansowana sieć elektroenergetyczna powoduje, że połączenia trans graniczne uniemożliwiają import energii. Optymizmem nie napawają również bariery prawne, które wydłużają czas trwania potrzebnych inwestycji.
Jeśli dalej będziemy skąpić funduszy, popyt na energię przerośnie podaż. Dlatego pieniądze są potrzebne od zaraz. 7 mld euro na początek. Na budowę nowych bloków w elektrowniach oraz na wymianę starych linii przesyłowo-dystrybucyjnych.
Czas działa na naszą niekorzyść. Już dziś przerwy w dostawach na poziomie skumulowanym rocznym wynoszą 300 minut. A będzie jeszcze gorzej. Zapotrzebowanie na energię wskazuje 3 proc. tendencję wzrostową.
Opłakany stan
Tymczasem ponad 40 proc. bloków energetycznych przekroczyło 30 lat i niedługo trzeba je będzie zamknąć. Gdy do tego dojdzie, Polska zostanie pozbawiona blisko 20 proc. obecnej mocy. Czym wyrównamy ubytki w wytwarzaniu energii elektrycznej? Na połączenia międzynarodowe bym nie liczył. Z powodów technicznych import jest możliwy tylko przez kabel łączący Polskę ze Szwecją.
Eksperci nie pozostawiają złudzeń - sytuacja jest nad wyraz niebezpieczna. Widać to każdej zimy, ale również latem, podczas którego rokrocznie odnotowujemy wzrost zapotrzebowania o ok. 100 megawatów. Czy ktoś się tym przejmuje? Teoretycznie tak. Wszak mamy rządową „Politykę energetyczną Polski do 2030 roku” oraz program „Polska 2030”. Niestety, dokumenty te nie są w stanie rozwiązać wszystkich nagłych problemów, jak chociażby nierównomiernego rozmieszczenia produkcji energii elektrycznej.
Oparcie sektora elektroenergetycznego na monokulturze węglowej też nie napawa optymizmem. Przecież pakiet energetyczno-klimatyczny, który zakłada znaczną redukcję emisji dwutlenku węgla, jawnie godzi w polską rację stanu. Niedowiarków informuję, że w Polsce na jeden megawat wyprodukowanej energii przypada blisko tona CO2, zaś średnia unijna to ok. 400 kg.
Na domiar złego, w ubiegłym roku więcej zużyliśmy węgla, niż wydobyliśmy. Żeby tendencja była odwrotna, potrzebne są inwestycje w kopalnie. Jako że nikt nie wie, skąd wziąć 20 mld zł, w ostatnim czasie powstały tylko trzy duże elektrownie węglowe (Pątnów II, Łagisza i Bełchatów II).
Szukanie ratunku
Niestety, one nie rozwiążą problemów systemu elektroenergetycznego. Mając to na uwadze, niektórzy analitycy zwracają się w stronę zielonej energii. Farmy wiatrowe nie staną się jednak naszym antidotum. Powód? Wiatr raz wieje, innym razem nie. Poza tym w Polsce brakuje konsekwentnej polityki państwa, polegającej na dotowaniu inwestycji wiatrowych czy gwarantowaniu kredytów dla producentów turbin.
To może rozwiązaniem byłyby elektrownie jądrowe? Z pewnością dzięki nim uzyskalibyśmy niską emisje dwutlenku węgla. Zamiana elektrowni konwencjonalnej o mocy 1000 MW na jądrową tej samej wielkości pozwala uniknąć emisji od 1,3 do 2,2 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Kto jednak pokryje wysokie koszty budowy elektrowni oraz efektywnie zajmie się problemem składowania odpadów radioaktywnych? Polska nie ma na to ani środków finansowych, ani odpowiedniej kadry. Może zatem elektrownie wodne? Bynajmniej. Przede wszystkim dlatego, że brakuje nam rzek z szybkim nurtem oraz jezior z dużą różnicą poziomów.
Gazowe antidotum
Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem byłyby elektrownie gazowe. Po pierwsze, można je wybudować najszybciej. Po drugie, nie potrzebują dużej ilości wody do chłodzenia. Po trzecie, generują stosunkowo niską emisję CO2.
Czy elektrownie gazowe wpiszą się w ogólnopolską strategię rozwoju elektroenergetycznego? Bardzo prawdopodobne. Dziś w całym kraju powstają elektrownie gazowe, m.in. w Stalowej Woli, Ełku, Kędzierzynie-Koźlu, Płocku, Puławach i Gdańsku.
Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci. Przede wszystkim gaz jest drogi i w dużej mierze importowany. Obecnie za tysiąc metrów sześciennych błękitnego paliwa płacimy Rosji ponad 400 dolarów. Oczywiście staramy się prowadzić politykę dywersyfikacji. Czy jednak gaz łupkowy i terminal LNG w Świnoujściu uwolni nas od rosyjskiego dostawcy? Wątpliwe. Jedyne, co obecnie możemy zrobić, to wziąć się za indywidualne oszczędzanie energii. Eksperci szacują, że tą drogą ograniczymy popyt nawet do 30 procent.
22 kwietnia odbędą się we Francji wybory, które wyłonią nowego gospodarza Pałacu Elizejskiego. Jest dwóch liczących się graczy - obecny prezydent Nicolas Sarkozy i socjalista Francois Holland
Wyborcza gorączka
Zdjęcie: wiadomosci.wp.pl
Kto zostanie siódmym prezydentem Republiki Francuskiej? Sondaże nie są jednoznaczne. Według analiz instytutu Ifop, Sarkozy wygra pierwszą rundę wyborów, ale przegra w drugiej turze - 6 maja. Podobną ocenę sytuacji prezentuje ośrodek Ipsos-Logica. Czy jednak Sarkozy nie ma szans na reelekcję? Zwolennicy prezydenta apelują o lekceważenie sondaży i przypominają, że w poprzedniej kampanii było podobnie. Mimo iż początkowo Sarkozy przegrywał z socjalistką Segolene Royal, ostateczne zwycięstwo należało do niego. Czy tak się stanie i tym razem?
Wiele do nadrobienia
Na razie jedno jest pewne - nie będzie łatwo. Nicolas Sarkozy ma dar przemawiania do ludzi iprzekonywania ich do swoich racji. Niestety, ma też wiele na sumieniu. Zacznijmy od afery wokół Liliane Bettencourt. W 2007 roku córka założyciela firmy l’Oréal potajemnie wsparła kampanię prezydencką Sarkozy’ego. Jak wykazało śledztwo, chodziło o 150 tys. euro, które z ukrytego przed fiskusem konta osobiście odebrał Eric Woerth, skarbnik Unii na rzecz Ruchu Ludowego i… minister finansów.
Niestety, afer z udziałem Sarkozy’ego było więcej. Francuzi byli świadkami jak Jeana, syna prezydenta z pierwszego małżeństwa, nielegalnie usiłowano zrobić zarządcą największej paryskiej dzielnicy biznesu - La Defense. Słyszano również, że na polecenie Pałacu Elizejskiego policja gromadziła informacje o partnerce Francoisa Hollande’a i billingi telefoniczne dziennikarzy „Le Monde”.
To jednak nie wszystko. Ostatnio Francuzi dowiedzieli się, że w 2007 roku konto wyborcze Sarkozy’ego zasiliło 50 milionów euro, które przekazał pułkownik Muammar Kadafi. Aferę ujawnili francuscy dziennikarze śledczy, którzy dotarli do tajnych dokumentów. Obecnie zapiski poufnych rozmów, tajne wyciągi transferów i kopie biletów lotniczych badają prokuratorzy.
Niewątpliwie afery kładą się cieniem na prezydenturze Sarkozy’ego. Szansę na reelekcję osłabiają również informacje z życia prywatnego. Przez pięć ostatnich lat gospodarz Pałacu Elizejskiego był istnym bon vivant. Spędzał wakacje na jachcie miliardera Vincenta Bolloré, wziął ślub z Carlą Bruni, kilkakrotnie wypoczywał w Egipcie. Wszystko to działo się w czasie, gdy gospodarka wchodziła w fazę załamania a bessa na rynku światowym likwidowała kolejne miejsca pracy. Sarkozy nie miał pomysłu na uzdrowienie ekonomiczne, co odbiło się na obecnym stanie państwa. Dzisiejsza Francja ma dziesięcioprocentowe bezrobocie, dwuprocentowe PKB i - co gorsza - rating, który spadł z poziomu AAA do poziomu AA+.
Zabieganie o głosy
Mając to wszystko na uwadze, Sarkozy usiłuje odbudować swoją pozycję. Nie mając w ręku zbyt wielu atutów, często posługuje się retoryką wymierzoną w imigrantów. Ostatnio w telewizji France 2 stwierdził: „Nasz system integracji działa coraz gorzej, bo mamy zbyt wielu cudzoziemców”. Antidotum ma być wyjście z układu Schengen.
Problem w tym, że przez ostatnie lata prezydent nie zrobił nic w kwestii imigrantów. Ani jako minister spraw wewnętrznych, ani jako gospodarz Pałacu Elizejskiego. Zdając sobie z tego sprawę, Sarkozy coraz bardziej uśmiecha się do umiarkowanego elektoratu. Ostatnio ogłosił, że duże przedsiębiorstwa nie mogą być zwolnione od płacenia podatków. Co się zaś tyczy strefy UE, Wspólnota powinna objąć protekcją rodzime towary, zwłaszcza wyprodukowane przez małe i średnie firmy. Jak pokazują sondaże, wypowiedzi te popiera większość Francuzów.
Populistyczne chwyty
Niewątpliwie Holland ma trudny orzech do zgryzienia. Żeby nie tracić przewagi nad prezydentem, ogłosił, że pod jego rządami powstanie specjalna brygada do walki z nielegalną imigracją. Następnie Francuzi dowiedzieli się, że przyszłość europejskiego paktu fiskalnego stoi pod znakiem zapytania. Holland chce rozmów na jego temat, zwłaszcza w kontekście gospodarki.
To właśnie ekonomia ma być mocną stroną socjalistycznego kandydata. Holland chce, aby państwo współfinansowało zatrudnianie ludzi. Piękna idea, problem jednak w tym, że szczytne zamierzenie ma kosztować budżet państwa blisko 2 miliardy euro. Gdy do tego dodamy powrót do emerytur po przepracowaniu 41 lat, rodzi się zasadnicze pytanie - skąd na to wziąć środki? Podobno z wprowadzenia 75-proc. podatku dla osób zarabiających ponad milion euro rocznie. Czy Francuzi się na to zgodzą? Przekonamy się 22 kwietnia.
Upadek abolicjonizmu nie zakończył niewolnictwa. Dziś na świecie żyje blisko 27 mln niewolników. Co gorsza, popyt na nich jest coraz większy
Handel człowieczeństwem
Zdjęcie: s1.img.pl
Nie powinno to jednak dziwić. Handel żywym towarem to biznes, którego dochody szacuje się na kilkadziesiąt mld dolarów rocznie. Zysk wydobywa się z nędzy. Dobrze o tym wiedzą wielkie korporacje, które nie patrzą ani na wiek, ani na godne wynagrodzenie swoich pracowników. Dla zachodnich firm liczą się tylko niskie koszty produkcji.
Niestety, zasadę tę chętnie wykorzystują inni. Dobrym przykładem na potwierdzenie tej tezy są Indie. Tu praca w kamieniołomach lub w fabrykach dywanów urąga człowieczeństwu. Pracodawcy się tym nie przejmują. Płacą dolara dziennie i - co gorsza - nie narzekają na brak chętnych. Cóż, bieda zmusza do wielu wyrzeczeń, także tych dotyczących godności ludzkiej. Nie lepiej jest w Afryce. Niewolnicy wydobywają dobra naturalne bez żadnych standardów pracy. Dla „pracodawców” z Antwerpii liczą się jednak wyłącznie zyski.
W niewoli ciała
Podobnie jest w przypadku wykorzystywania seksualnego kobiet. Często za ofertą pracy lub możliwością edukacji kryje się piekło zwane prostytucją. Niestety, Polska zajmuje w tym procederze poczesne miejsce. Nasz kraj jest miejscem, gdzie odbywają się „aukcje” kobiet, a następnie „przerzuty” do domów publicznych w Niemczech czy Holandii.
Niewolnictwo kobiet dotarło na Stary Kontynent z Dalekiego Wschodu, miedzy innymi z Tajlandii. Aby kupić tam dziewczynkę do burdelu, trzeba mieć niecały tysiąc dolarów. Jest to śmieszna kwota, zważywszy, że dochody stręczycieli sięgają 100 tys. dolarów rocznie. Mając takie środki raz na kilka lat właściciele burdeli kupują młodsze niewolnice. To warunek niezbędny. Wszak „stare” prostytutki nie dożywają dwudziestki. Zabija je AIDS.
Tajemnica poliszynela
Współczesne niewolnictwo jest wśród nas. Nie udawajmy, że o tym nie wiemy. Przecież w Afryce ludzie „pracują” za przysłowiowego dolara albo za miskę podłej strawy. W Azji jest jeszcze gorzej. Tu ludzie nie dostają nic, „kontrakt” bowiem zobowiązuje do kilkuletniej bezpłatnej pracy za „przyuczenie do zawodu”, a następnie do kilkuletniej pracy bez zarobku jako zwrot kosztów wyżywienia i zakwaterowania.
Tak jest między innymi w Chinach. Przeciętnie na pekińskiej budowie pracuje się kilkanaście godzin dziennie za kilka dolarów. Robotnicy otrzymują wynagrodzenie po zakończeniu budowy. Jeśli pracownikowi uda się wyprosić zaliczkę, pracodawca odtrąci ją z procentem z wypłaty. Oczywiście, jeśli w ogóle do niej dojdzie.
Przykład Brazylii także nie napawa optymizmem. I nie chodzi tu o dzielnice nędzy w Rio de Janeiro czy Sao Paulo. O sytuacji tam panującej wiedzą wszyscy. Rzadziej się jednak słyszy o „pracy” w dżungli. Wyrąb drzew i wypalanie węgla odbywa się w tak nieludzkich warunkach, że niewolnicy wolą śmierć niż „pracę”.
Chajber, Kurram, Orakzaj, dystrykty Dir i Buner, dolina Peochar. Afgańsko-pakistańskie pogranicze jest rajem dla radykalnych wyznawców Allaha
Wahabicki Eden
Zdjęcie: euroislam.pl
Nikt nie powinien mieć złudzeń. Doliny Hindukuszu i Karakorum należą do islamistów. Emirat Talibów ciągnie się między szczytami Hindukuszu a zachodnim brzegiem rzeki Indus. Myli się jednak ten, kto uważa, że wahabici są wyłącznie po stronie afgańskiej. Badżaur i Mohmanda mają swe odpowiedniki na pakistańskiej ziemi. Wystarczy odwiedzić Malakandę, Dir, dolinę Swatu, Kohatę, Hangu czy Darrę. Wojowników świętej wojny można spotkać wszędzie. Począwszy od górzysto-zielonego Czitralu, na surowo-skalistym Waziristanie skończywszy. Tu nie rządzą ludzie, tu sprawuje władzę Koran. Prawo Świętej Księgi wprowadził Maul Sufi Muhammed, przywódca fundamentalistycznej organizacji Tehrik Nifaz-i-Shariah-i-Muhammadi. Do idei „czystego islamu” nikogo nie trzeba przekonywać. Ludzie pozbawieni nadziei na godne życie stanowią idealną bazę rekrutacyjną kolejnych roczników bojowników.
Amerykanie zdają sobie z tego sprawę, niestety, niewiele mogą zrobić. Oczywiście przekonują władze w Islamabadzie do walki z Talibami, Pakistańczycy odpowiadają jednak, że posyłając przeciwko wahabitom wojsko, ryzykują wybuch wojny domowej.
Gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta. Talibowie przejęli kontrolę nad niemal wszystkimi pasztuńskimi krainami. Ostatnio pojawili się w Beludżystanie i skutecznie paraliżują szlak zaopatrzeniowy wojsk zachodnich z Karaczi przez Kwetę do Kandaharu. Atakowane są również Peszawar i Przełęcz Chajberska.
Islamabad reaguje opieszale, ponieważ przy pomocy Talibów szantażuje kabulskich decydentów. Problem w tym, że wahabici nie zawsze są spolegliwi wobec swego cichego opiekuna. Widać to było wyraźnie podczas zajęcia Swatu i Diru przez mułłę Fazlullaha. Tysiące samosądów dokonywanych przez ścięcie, publiczna chłosta oraz kamienowanie cudzołożnic, wzbudziły uzasadniony strach decydentów w Islamabadzie. Tym większy, że niedawno doszło do zjednoczenia wahabitów. Jednookiego mułłę Omara wsparli najpotężniejsi afgańscy i pakistańscy dowódcy - mułła Nazir z Waziristanu Południowego, Hafiz Gul Bahadur z Waziristanu Północnego i mułła Fakir Mohammed z Badżauru.
Nie to jest jednak najgorsze. Prawdziwe niebezpieczeństwo dotyczy pakistańskiego arsenału atomowego. Talibowie za wszelką cenę chcą posiąść nuklearny oręż. W tym celu kilkakrotnie atakowali bazy wojskowe w Sargodzie, Kamrze i Wah.
Według zachodnich wywiadów, Pakistan posiada 60 głowic nuklearnych. Pilnuje ich 10 tys. żołnierzy ze specjalnej jednostki. Werbunek do niej prowadzi się wyłącznie wśród Pendżabczyków. Pasztunom się nie ufa, ponieważ nie uznają granicy pakistańsko-afgańskiej. Jest jednak pewien problem - w ostatnich latach Pendżab stał się… epicentrum radykalnego wahabizmu.
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 64 224 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Witam wszystkich bardzo serdecznie. Nazywam się Krzysztof Głowacki i jestem niezależnym publicystą, który zajmuje się problematyką międzynarodową. Pracuję jako freelancer i chętnie podejmę współpracę w obszarze moich zainteresowań. Mój numer telefonu to: 792 893 641.